środa, 4 września 2013

Wróciłam :)

Moje wakacje, niestety, już się skończyły :)  Niestety, bo trudno wraca się do codzienności po tak cudnym wyjeździe :)  W tym roku dwa tygodnie spędziłam z rodzinką i naszymi przyjaciółmi
w południowych Włoszech w miejscowości Vieste.

Vieste to miasteczko położone na wschodnim skraju półwyspu Gargano.
Nasz ośrodek położony był na obrzeżach miasta, więc mieliśmy ciszę i spokój. W centrum Vieste, szczególnie wieczorem, panował ogromny gwar, bo właśnie wtedy miasto tętniło życiem. Wszędzie tłumy ludzi, aż ciężko przejść. Bardzo męczące, więc w centrum byliśmy tylko kilka razy:)
Pogoda raczej dopisała, choć było kilka pochmurnych dni a nawet raz była burza z ulewą.
Morze było cieplutkie w przepięknych odcieniach błękitu i turkusu.

Vieste w pigułce:




Vieste - Stare Miasto:







Roślinność w tym rejonie Włoch bardziej przypominała roślinność z rejonów Afryki.
Dominowały oleandry, drzewka oliwne i figowe, winorośl, opuncje, palmy a nawet spotkałam eukaliptusy. Oprócz tego strasznie sucho. Trawa tu nie istniała :) Wszędzie biegały małe jaszczurki.




Większą część czasu spędzaliśmy na tej cudownej, dzikiej plaży. Ludzi niewiele, czysty piasek i morze. Cisza i spokój.... 
Takich plaż było tam wiele, ale na większości, troche większych, były płatne leżaki, albo leżaki hotelowe.





Wybraliśmy się też na zorganizowaną wycieczkę łodzią motorową, na zwiedzanie morskich grot.




Większość wybrzeża półwyspu to masywy skał wapiennych, wyniesionych znacznie ponad zielonkawo-błękitne wody Adriatyku.
Przepiękne i niezapomniane widoki.







Tu właśnie wpływamy do jednej z grot.
















W drodze na wczasy odwiedziliśmy Wenecję.
W Wenecji byłam już trzy razy i zawsze jestem nią zachwycona i ciągle mi mało. Chciałabym tam kiedyś spędzić tydzień by poznać jej przepiękne zakątki.
Większość zdjęć robiona z tramwaju wodnego :)













To moja rodzinka :)
Zabraliśmy ze sobą też Goldiego-fretkę. Ciężko znaleźć dla niego opiekuna na czas naszych wyjazdów, więc jeździ razem z nami. Trochę ta Wenecja go zmęczyła, ale później odpoczywał w samochodzie w swoim hamaczku :) Miał też swój transporter, tylko do zdjęcia troche popozował luzem.













Zawsze jak jestem w Wenecji, co parę lat, to pogoda jest idealna :)




A to nasz basen w ośrodku. Wszędzie rosły i dojrzewały oliwki.




To nasza ulubiona restauracja, która znajdowała się dość blisko naszego ośrodka.
Jak widać na zdjęciu bardzo swojski klimat :)  Ale pizza smakowała tam wysmienicie i obsługa też była bardzo miła z właścicielem na czele.




Ogólnie jeśli chodzi o jedzenie to teraz już wiem, że bardziej odpowiadają mi Włochy północne.
Ja, wegetarianka, nie miałam teraz zbyt dużego wyboru w potrawach. Nawet ku mojej rozpaczy, potraw z makaronem było jak na lekarstwo. Dominowała pizza sprzedawana w całości jaki i w kawałkach jako przekąska. Pizze lubię, ale bez przesady. Czasem stołowaliśmy się w okolicznych restauracjach a czasem przygotowywaliśmy coś sami. Nawet w ośrodku był grill z którego korzystaliśmy. Włosi przy grillu sobie nie radzą. Chyba zbyt często nie grillują. Mój mąż z kolegą pomagali im rozpalać grille, bo onie nie mieli o tym zielonego pojęcia jak to zrobić :)

A tu moje ulubione włoskie ciastko, a raczej mega ciacho :) Na paragonie była jego nazwa: Torroncini. Na zdjęciu jest go już połowa. Całość ważyła 0,55 kg.




Środeczek!
Sama też piekę czasem takie ciastka, tylko że moje to są jakby takie paski z takiego ciastka i bardzo twarde, bo specjalnie się je jeszcze podpieka. Czasem można takie ciastka kupić u nas w Polsce. Można je piec z różnymi dodatkami. Ja jeszcze dodaję do nich suszoną żurawinę.
To było średnio miękkie i bardzo wciągające. Po trochu podgryzałyśmy je z córką, aż po paru dniach się skończyło :)




A to moje skarby znalezione na plaży: patyki, kamienie i chyba naturalne gąbki.
Pewnie coś z nich zrobię. Jeszcze nie wiem co, ale na pewno mi się to kiedyś do czegoś sprzyda :) Grunt, że mam :)
Fajnych muszelek nie było.


 
 
Ogólnie wyjazd bardzo udany i szkoda nam było wracać do domu. W ostatni dzień załapaliśmy nawet małego doła. Teraz czeba czekać cały rok na kolejny wakacyjny wyjazd :)

To chyba wszystko co chciałam dziś napisać. Kolejnym razem napiszę i pokażę jakie gazetki sobie kupiłam i jakie do mnie przyszły pocztą jak mnie nie było :)

Teraz będę przeglądać Wasze blogi, odpisywać na maile, bo mam straszne zaległości. Jak pisałam przed wyjazdem, przez ten cały okres nie miałam dostępu do internetu, nie miałam komputera a nawet nie oglądałam telewizji. Przez ten czas nie postawiłam ani jednego krzyżyka, ale trochę poszydełkowałam.
Szydełko sprawdza się w podróży. Prawie dwa dni w samochodzie w jedną stronę to kupa wolnego czasu, który też starałam się wykorzystać:) Oczywiście do czasu aż się nie ściemniało :D

Już jestem w pracy i pasmanteria jest już czynna :)


Pozdrawiam!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Przed urlopowo:)

To już ostatni wpis przed moim urlopem :)
Od czwartku znikam na dwa tygodnie. Raczej nie będę miała dostępu do internetu, więc robię przerwę totalnie od wszytkiego. Zamykam też pasmanterię na ten czas. Wracam na początku września.
Ale zanim wyjadę chcę Wam pokazać co tam ostatnio zrobiłam.
Kociej rodzinki baaaardzo mało przybyło, bo wzięło mnie strasznie na szydełkowanie :)
Tworzę i tworzę portfeliki i nawet powstał jeden piórnik (na razie). Jeden portfelik, na próbę, zrobiłam na drutach, ten w turkusowym kolorze.
Mam już wyhaftowane też dwa woreczki z motywem lawendy. Jeszcze tylko muszę kupić suszoną lawendę do środka.
Wszystkie te rzeczy będzie można nabyć u mnie w pasmanterii od września.
Na urlop zabieram szydełko. Można nim "tworzyć" również w samochodzie, a przed nami bardzo daleka droga do celu:)  Próbowałam kiedyś haftować w trakcie jazdy, ale to nie dla mnie.
Oczywiście mąż jest za kierownicą :)






Do każdej rzeczy dołączona będzie taka metka. Taki stempelek zamówiłam sobie już bardzo dawno temu by stemplować np. moje zakładki. Z tyłu jest adres do mojego bloga.






Na razie powstał jeden piórnik-jamnik.
Każdą rzecz staram się czymś fajnym ozdobić, albo wymyślam kombinacje kolorystyczne, bo każdemu podoba się inny kolor.
Moja cóka zamówiła sobie u mnie taki szafirowy piórnik bez kwiatka :)
Wymyśliłam jeszcze coś innego, ale o tym innym razem, bo nie załapało się na zdjęcie:)






W przypływie weny powstała też szydełkowa, szara myszka dla moich kotów.
Troche ma dziwny pyszczek, a uszy jak u świnki, ale to moja pierwsza myszka w życiu :)
Kotom się podoba i nawet się nią bawią. A dodatkową atrakcją jest woreczek z kocimiętką, który jest w środku myszki. Pewnie dlatego się nią bawią :D






Jak co miesiąc (bo mam prenumeratę) dostałam nowy numer Cross Stitchera 269.
A w nim bardziej i mniej udane propozycje.





Gratis był zestaw do samodzielnego wyhaftowania zakładki w papużki.






To jest zapowiedź gratisu jaki bedzie w kolejnym numerze. I z tego co sie dopatrzyłam ma być kawałek rozpuszczalnej aidy, by wyhaftować motyw sowy na filcu.
Może skorzystam z tego gratisu i tym sposobem wypróbuje tą aidę, bo nigdy nie miałam z nią do czynienia. Po prostu nigdy nie była mi do niczego potrzebna.




A teraz troche zdjęć ze środka gazety:




Te plażowe domki bardzo mi się podobają.






















 
 

Zapowiedź na następny miesiąc:



 
Spodobała mi się ta ważka na lnie.
 




To wszystko na dziś:) 
Spotkamy się we wrześniu. Jadę ładować moje akumulatorki na cały rok :D 
Gorąco Was pozdrawiam i korzystajcie z wakacyjnych wyjazdów i  pogody!

Pa!


Pasmanteria w dniach 14 sierpnia - 3 września (włącznie)
będzie nieczynna!



czwartek, 1 sierpnia 2013

"Śpiąca kotka z kociętami" przedostatnia odsłona :)

Mam taką nadzieję, że to już przedostatnia odsłona tej słodkiej trójki :)
Zrobiło się wreszcie ciepło, więc więcej wolnego czasu spędza się w zupełnie inny sposób niż na haftowaniu.
To główny powód spowolnienia pracy nad moim obrazkiem. Ale po mału go jednak przybywa.
Back stitche robię od razu i ostatnio powstało mnóstwo wąsów :)
Super efekt! Bardzo mi się podoba.






We wtorek wreszcie przyszła do mnie zamówiona książeczka z mini obrazkami autorstwa M.Powella!  Jest to najnowsze, tegoroczne wydanie książeczki z serii "Twenty to Make".
Kupiłam ją jakieś trzy tygodnie w angielskiej księgarni wysyłkowej. Zapłaciłam za nią niecałe 5 funtów, a wysyłka była gratis. Moim zdaniem całkiem niedrogo. Właśnie sprawdziłam i to wydanie dostępne jest na A...ro w cenie 64,10zł z wysyłką. Ogromna różnica:)



 
 

Sprostowanie :  Za książeczkę zapłaciłam 4,96 euro (wcześniej napisałam że funtów)
i kupiłam ją tu.

Książeczka ma format zeszytu i ma 48 stron.
Oto kilka z nich:













Ten torcik strasznie mi się podoba. Wzór w sam raz na kartkę urodzinową!










Jak tylko skończę tą kotkę z kociakami to muszę sobie wyhaftować jakiś drobiazg z tej książeczki. Nawet już mam pomysł co to będzie i jak wykorzystam ten obrazek:)

A że nie mogę siedzieć i nic nie robić to w chwilach gdy w sklepie nie ma ruchu szyję kolejne filcowe słodkości. Zaopatrzyłam się już w filc w kolorze czekoladowym, bo ostatnio brakło mi tego koloru, a hurtownia była zamknięta i musiałam stanąć z moimi "wypiekami".
Ostatnio wymyśliłam takiego donata z czekoladową polewą i (chyba) kokosową posypką. Jakoś białe koraliki najlepiej mi pasowały do czekolady. Uszyłam też kawałek czekoladowego tortu z bitą śmietanką, ale nie jestem do końca z tego ciacha zadowolona. Cisatko musiałoby mieć chyba sztywne boki, żeby było idealnym kawałkiem. Teraz wygląda jakby leżało już na stole od dłuższego czasu. Takie niezgrabne jakieś jest. Muszę jeszcze nad tym kształtem popracować. Może będę wszywać jakieś sztywne ścianki. Jeszcze nie wiem.





Uszyłam też, na razie, dwie pralinki :)




Wczoraj wpadłam na pomysł, że zrobię sobie wyjazdowy potrfelik. Taki na podręczne euro :)
U mnie od pomysłu do realizacji droga bardzo krótka, więc jest!
Ma 12 na 9,5 cm i jest idealny! Zrobiłam go na szydełku z cieniowanej włóczki Alize i wszyłam u góry zasuwak 12cm. Dla dekoracji przyszyłam gumowy guziczek-kotek, który gdzieś i dawno temu kupiłam. Leżał i leżał i czekał na wykorzystanie. Stwierdziłam, że nadeszła na niego pora :)






 
 

Tak się zastanawiam, czy może nie porobić takich portfelików w różnych kolorach, z różnymi ozdóbkami i nie sprzedawać za parę złotych. Na jarmarku rękodzieła widziałam ostatnio dużo gorszej jakości wyroby.  Mam czasem trochę czasu w sklepie, więc może warto o tym pomyśleć. No nie wiem... A może z drugiej strony jest to koszmarek i nikt go nie kupi. Może tylko mnie się on podoba. Mam dużo rozterek. Napiszcie co o tym myślicie. Będę wdzięczna za każdą sugestię.

I jeszcze na koniec całkiem z innej beczki. Moja klientka (zapomniałam zapytać o imię) przyniosła mi ostatnio do pokazania co robi z kordonka KAJA. Jeśli myślicie, że z kordonka można robić tylko na szydełku to zapewniam, że jesteście w błędzie :)  Ta Pani robi sobie letnią bluzkę na cienkich drutach. Taką z pięknym wzorem. Ja jestem zachwycona tą próbką! Powstająca bluzeczka jest cienka, miękka, elastyczna i ma piękne kolory. Nigdy bym nie pomyślała, że jest zrobiona ze zwykłego kordonka. Pani ubrana była w inną, kordonkową bluzkę. W tej, raczej, chodzić będzie dopiero w przyszłym roku :)






Na dziś to wszystko. Pozdrawiam Was gorąco i do następnego razu!